Leopold Tyrmand - pierwszy dandys PRL-u


Rok 1954. Leopold Tyrmand (16.05.1920 – 19.03.1985) - antykomunistyczny pisarz i dziennikarz z zakazem publikowania, borykający się z nędzą popularyzator jazzu i król modnego życia - zaczyna pisać „Dziennik 1954”. To nieocenione źródło historii najnowszej, ale także lustro, w którym przegląda się moda tamtego okresu. Opisując spotkania ze znajomymi ze szczegółami podaje w co byli ubrani oraz gdzie zdobyli swoje stroje. Dla Tyrmanda moda była azylem osobistej wolności i indywidualności, plakatem pozwalającym głosić poglądy na sztukę i politykę.

Styl ponad wszystko
Był dandysem. Nie stronił od ubierania się jak bikiniarz. Podstawami tego stylu były: marynara w kratkę, wąskie spodenki „rurki”, spod których wystawały kolorowe skarpetki koniecznie w paski, buty na słoninie (czyli grubej białej zelówce) oraz fryzura z półdługich włosów zwana pelerezą. Koszula i krawat. Ten ostatni był jednym z powodów do dumy bikiniarza. Namalowane na nich były dziewczyny, kolorowe zwierzęta itp. Ale, jeśli tylko wymagały tego okoliczności, czuły na punkcie dobrych manier Tyrmand – nosił garnitury. Oczywiście, takich rzeczy nie można było nabyć w państwowym czy społecznym handlu. Źródłem zaopatrzenia wszystkich elegantów były wówczas sławne „ciuchy”. Ubrania, i te zdobyte na ciuchach i kupione w sklepie, nosiło się do poprawek krawieckich, których była wówczas cała masa. Jednak do renomowanych krawców trzeba się było dostać z polecenia. Tyrmand, któremu dzięki prywatnym korepetycjom udawało się jakoś związać koniec z końcem, ostatnie pieniądze wydawał u sławnego przedwojennego bieliźniarza.

„Przed południem byłem u pana Dyszkiewicza. Mieszka na Dynasach i szyje koszule i kołnierzyki, ale rzeczownik bieliźniarz, jakoś do niego nie pasuje. Pan Dyszkiewicz jest w tych strasznych czasach szkatułą dystynkcji i wykwintu, czyli instytucją w bezlitosnej walce. (…) Przyniosłem dziś panu Dyszkiewiczowi tandetną koszulę z Centralnego Domu Towarowego za nędzne trzydzieści złotych. Materiał mocny, robota straganiarska, fason kołnierzyka ordynarny. Zaś wzorek całkiem – niebieskie paseczki na białym tle, kolor starannie oddzielony i w dobrej proporcji. Jest rzeczą pana Dyszkiewicza przeistoczyć kołnierzyk w poezję, taką mniej więcej, jaką dostrzec można wokół szyi Freda Astaire’a.”

Mąż Barbary Hoff
Leopold Tyrmand pochodził z asymilowanej rodziny warszawskich Żydów. W czasie II Wojny Światowej, podczas której stracił część rodziny, ukrywał się przed Niemcami m.in. zgłaszając się z fałszywymi dokumentami na roboty jako obywatel Francji! W III Rzeszy pracował jako: tłumacz, kelner, robotnik kolejowy i marynarz. Z niemieckiego statku uciekł w norweskim porcie. Został pojmany przez Norwegów i osadzony w obozie koncentracyjnym niedaleko Oslo, gdzie doczekał końca wojny. W 1946 roku wrócił do Warszawy. Narastający terror komunistyczny pozbawił go możliwości normalnej pracy, ale nie złamał mu charakteru. Zaczął być wyrocznią mody i wzorcem godnego zachowania, co często drażniło literackie i intelektualne środowisko, a już na pewno osoby, które z korzyścią dla siebie koegzystowały z władzą. W 1958 roku został mężem Barbary Hoff, jednej z najwybitniejszych projektantek mody w Polsce, twórczyni legendarnego Hofflandu.  W trwające osiem lat małżeństwo połączyła ich miłość do mody i nienawiść do reżimu.

Emigracja
Tyrmand  otrzymał paszport, co było jego wielkim marzeniem, i wyjechał z Polski 15 marca 1965. Na początku 1966 r. dotarł do Stanów Zjednoczonych, gdzie zdecydował się osiąść. W sierpniu 1971 roku ożenił się po raz trzeci z Marry Ellen Fox. Dziesięć lat później został ojcem bliźniąt Rebeki i Matthew. Zmarł na zawał serca podczas wakacji w Fort Myers na Florydzie. Do swojej przyjaciółki Krystyny Mazurówny pisał listy, w tym o ubieraniu się.

„(…) Napisał do mnie, że poszedł do sklepu polskiego Żyda, aby kupić spodnie. Wszedł i zapytał: „Czy są jakieś spodnie na mnie”. Bo tak się wtedy w Polsce pytało. Nie: „Potrzebuję czarnych spodni wyjściowych”, tylko: „Czy jest coś na mnie”. A na to sprzedawca: „Oczywiście! A co Pan chce”? I położył mu stos spodni na ladę: z zaszewkami, wąskie, dzwony, spodnie z równymi nogawkami itp. itd. Wszystkie w jego rozmiarze! Lolek pisze, że zobaczył tyle tych par spodni, że nie był w stanie wybrać! Napisał do mnie: „Powiedziałem: „Nie, dziękuję”. Wróciłem do domu i chodzę w tych, które już są przetarte na udach i mają dziury. Ale jak ja mogę kupić spodnie, jak jest ich tyle? Jak były jedne, z pod lady, to wiedziałem, że są dla mnie”.

/fragment książki Agnieszka L. Janas „Elegantki. Moda ulicy lat 50. i 60. XX wieku”/
trigger
Ta witryna korzysta z plików cookie. Możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach przeglądarki. Więcej informacji na ten temat znajdziesz w naszej Polityce Prywatności » OK, zamykam