Ikona stylu: Justin Timberlake

Ostatnie miesiące są dla niego bardziej niż dobre. Znów jest na szczycie. Jego „Can’t Stop That Feeling” to światowy hit nr 1., w tym pierwszy od dekady w USA.  Znów też jest pupilkiem krytyków. Nieoczekiwany występ na konkursie Eurowizji, obejrzany przez rekordowe dwieście milionów widzów, przyniósł mu entuzjastyczne opinie. No i znów wiedzie mu się finansowo, choć w sumie na biednego nie trafiło. „Forbes” awansował go do pierwszej dwudziestki najbogatszych gwiazd. Justin Timberlake jest zatem na fali.

Ale jakże by inaczej? Timberlake urodził się pod naprawdę szczęśliwą gwiazdą. Wszak show biznes od dziecka był mu pisany, a światowa kariera od początku pozostawała kwestią czasu. Jako jedenastolatek dołączył do legendarnego „Klubu Myszki Miki”, disneyowskiego programu muzycznego i zarazem kuźni takich talentów, co jego późniejsza dziewczyna Britney Spears (za piosenkę nagraną po rozstaniu z piosenkarką zgarnął jedną ze swoich sześciu statuetek Grammy), Christina Aguillera i Ryan Gosling. Trzy lata później, zwerbowany przez wytwórnię płytową, wstąpił do  NSYNC, jednego – jak się wkrótce okazało - z najpopularniejszych boysbandów wszech czasów, którego trzy płyty w samej tylko Ameryce pokryły się 26-krotną platyną. W 2002 roku, unikając typowego dla cudownych dzieci Hollywoodu problemu z używkami i zdrowiem psychicznym, rozpoczął karierę solową (cztery krążki; same bestsellery plus znakomite recenzje), rozwijając jednocześnie tę filmową. Od tego czasu zagrał m.in. w „Alpha Dogu”, „Social Network” i „Złej kobiecie”.

Justin, urodzony 35 lat temu w Memphis, a więc w stolicy amerykańskiego bluesa, rock ‘n’rolla i soulu, gdzie kariery zaczynali m.in. Aretha Franklin, Elvis Presley czy Johny Cash, siłą rzeczy stał się idolem swojego pokolenia. Paradoksalnie jednak, nagrać dobrą piosenkę czy dać dobre show przychodziło mu znacznie łatwiej niż dobrze… się ubrać.

Jego droga do miana ikony stylu była długa i wyboista. Ba, powiedzieć, że Justinowi Timberlake’owi w przeszłości zdarzały się wpadki, byłoby wspaniałomyślnością: jego wygląd przez lata był przedmiotem docinków. I to w najlepszym wypadku. Pół biedy jego nastoletni, tleniony (czy raczej farbowany, ze względu na intensywnie żółty odcień) baranek na głowie, słabość do źle dobranych, kolorowych okularów, kolczyki i ogrodniczki. Już jako dorosły mężczyzna potrafił wejść na czerwony dywan w patchworkowym garniturze z dżinsu. – Dziś zapłaciłbym duże pieniądze, żeby te zdjęcia raz na zawsze zniknęły z Internetu – przyznał po latach w wywiadzie dla „Playboya”. Zdarzyło mu się też wystąpić na gali MTV w ręcznie malowanych, psychodelicznych chinosach i w obcisłym bezrękawniku w podobnym stylu. W 2003 roku odwiedził z kolei londyńską knajpę Planet Hollywood w welurowym, brązowym kombinezonie, prowokując – raczej niezamierzenie – porównania do postaci z Muppetów.
Jednak Timberlake jest żywym dowodem na to, że dobry gust nie musi być w genach i można się go w końcu nauczyć. Metamorfoza nastąpiła wraz ze zmianą repertuaru. Od kiedy jego twórczość zaczęła być określana przez krytyków mianem ambitnej, wręcz pionierskiej, artysta porzucił eksperymenty z modą na rzecz klasyki. Pojawiły się formalne spodnie w kant, skórzane półbuty, krawat i marynarka, noszona wymiennie ze skórzaną kurtką. No i stary dobry trick: znak rozpoznawczy. W jego przypadku – kapelusz, z którym kojarzony jest do dziś. Naturalnie, całość mocno ograniczona kolorystycznie; zazwyczaj do bieli, czerni i granatu. Jak przystało na artystę, którego jeden z największych hitów zatytułowany jest „Suit & Tie” (garnitur i krawat), za jego garderobę zaczęli być odpowiedzialni najlepsi kreatorzy, z Tomem Fordem na czele.

I tak, od ośmiu lat, każda „stylówa” Timberlake’a śledzona jest przez poświęcone celebrytom media i miliony fanów. Szara marynarka i profesorskie okulary założone na premierze „Social Network”, czarny dwurzędowy wełniany płaszcz, jedwabny szal i czapka typu beanie, noszone podczas spaceru po Nowym Jorku czy kardigan założony w Cannes do koszuli w kratę, jasnych spodni i mokasynów – wszystko to odnotowywane jest przez komentatorów z nieskrywaną aprobatą. Niektórzy z nich uważają nawet, że Timberlake, od czterech lat szczęśliwy mąż (z aktorką Jessiką Biel), a od roku równie szczęśliwy ojciec, jest „najlepiej wyglądającym tatuśkiem” show biznesu. Choć zważywszy, że nawet do czterdziestki jest mu jeszcze całkiem daleko, niekoniecznie musi to uznać za komplement…

Autor: Michał Zaczyński
 
trigger
Dodatkowe -20% na Ofertę Specjalną do -70% garnitury marynarki kurtki płaszcze Vistula
Dodatkowe -20%na Ofertę Specjalną do -70% garnitury marynarki kurtki płaszcze Vistula
Ta witryna korzysta z plików cookie. Możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach przeglądarki. Więcej informacji na ten temat znajdziesz w naszej Polityce Prywatności » OK, zamykam