Ikona stylu – Cary Grant

- Dobre maniery i odpowiednie ubranie zaprowadzą cię daleko, bez względu na twoje wykształcenie – powiedział kiedyś Cary Grant. Powiedział, bo wiedział. Urodzony w 1904 roku w Bristolu jako Archibald Alec Leach, od dziesiątego roku życia tułał się po Anglii, porzucony przez ojca i nieświadomą, chorą psychicznie matkę. Nie ukończył wyższych szkół, tylko dołączył do akrobatyczno - wodewilowej trupy. Z nią też, w roli szczudlarza, wyjechał na występy do Ameryki.

Wiedząc, że w rodzimym kraju nikt na niego czeka, nastoletni Grant nie wrócił wraz z resztą zespołu z tournee, tylko spróbował szczęścia w Nowym Jorku. Po zaledwie kilku miesiącach objazdowych występów z miejscowymi artystami i otarciu się o Broadway, zaryzykował przeprowadzkę do Hollywood. Amerykański sen ziścił się błyskawicznie. Już w wieku 18 lat zagrał w siedmiu produkcjach, w tym w głośnym „Blonde Venus” u boku samej Marleny Dietrich. To tam też zmienił nazwisko, dobierając sobie pseudonim wedle początkowych liter „C” i „G”, które – jak koncypował – były gwarantem sławy. Wszak mieli je wówczas zarówno Gary Cooper, jak i Clark Gable.

 - Był jedynym aktorem, którego naprawdę ubóstwiałem – powiedział o nim Alfred Hitchcock, mistrz thrillera psychologicznego, który zaangażował Granta m.in. do “Północy, północnego zachodu”, “Podejrzenia” i  „Osławionej”. Zanim bowiem świat filmu potwierdził jego umiejętności aktorskie dwiema nominacjami do Oscara (dostał jednego, za całokształt w 1970 roku) i pięcioma do Złotych Globów, Granta doceniano głównie za urok, styl bycia i prezencję. Strój okazał się dla jego kariery fundamentalny. W złotej epoce Hollywood rzadko które studio posiadało męską garderobę, więc aktorzy zjawiali się na planie tak, jak wyglądali na codzień. A Grant, ze starannie wymodelowaną fryzurą, w znakomicie skrojonym garniturze i wyprasowanej aż do graniczącej z obsesją perfekcji koszuli, wyglądał po prostu znakomicie.

Skąd ta potrzeba idealnego wyglądu? – Udawałem kogoś, kim chciałby być, aż w końcu się nim stałem –zwierzył się raz aktor. Chciał być kimś ważnym i poważanym, a przecież ludzie sukcesu zazwyczaj są świetnie ubrani. Dlatego Grant wyglądał nieskazitelnie.

Jego garderoba to niemal sama klasyka męskiego ubioru: styl niekoniecznie zgodny z aktualnymi trendami, ale z pewnością nie staroświecki. Granatowy garnitur, biała koszula, stosunkowo wąski krawat, dobrej jakości płaszcz w stonowanej barwie i skórzane buty. Kluczem do bycia symbolem mody była zatem ponadczasowość.

Jedna rzecz różniła jednak Granta od innych hollywoodzkich aktorów: nie wstydził się, że ubranie jest dla niego ważne. W 1962 roku napisał dla magazynu „This Week” pięcioodcinkowy… poradnik stylu. Sugerował w nim, by nosić czarne, pasujące do wszystkiego buty, by nie popisywać się wysokimi, w jego mniemaniu pretensjonalnymi kołnierzami (ciekawe, co na to Karl Lagerfeld?), by wybierać garnitury z delikatnej wełny (w tych z grubej jest za ciepło, nawet zimą w Moskwie, jak zauważył), by nie ulegać snobizmom, ale też by nie oszczędzać na jakości 

- Z ubraniami jest jak z graniem na giełdzie. Jeśli masz mało pieniędzy, to i tak lepiej kupić jedną akcję szanowanego przedsiębiorstwa niż sto pięćdziesiąt akcji „firmy krzak” – pisał. Ubrania szył na miarę, na przykład u Cifonellego w Rzymie i u Dunhilla w Londynie. Te, w których czuł się najlepiej, zlecał kopiować w Hong Kongu. Azjatyccy krawcy robili to z taką szczegółowością, że raz jego ulubioną koszulę skopiowali z… przetarciem na kołnierzu włącznie. Jednak nawet jako mężczyzna mocno dojrzały, stateczny – o ile bycie czterokrotnym rozwodnikiem temu określeniu nie przeczy - i uznany za najlepiej ubranego aktora Hollywood wszechczasów, mawiał, że zawsze „chciał tylko wyglądać jak przyzwoicie ubrany koleś”.

Autor: Michał Zaczyński
trigger
Ta witryna korzysta z plików cookie. Możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach przeglądarki. Więcej informacji na ten temat znajdziesz w naszej Polityce Prywatności » OK, zamykam